Pani Anna większość czasu spędzała na sąsiedzkich ploteczkach i przesiadywaniu w gminnym ośrodku zdrowia.Odkąd dzieci wyjechały za pracą na Wyspy, w domu jej się ckniło a niemal wszystko przypominało nieżyjącego już męża.Sensacja związana z jego potrąceniem przez samochód i ucieczką sprawcy już dawno minęła. Śledztwo umorzono a pieniędzy z polisy pogrzebowej ledwo wystarczyło na skromny pomnik.Pani Anna, kiedyś zaabsorbowana gospodarstwem i rodziną tęskniła za ludźmi, ich życiem i problemami.Codziennie rano odbywała rutynową wędrówkę od sklepu do ośrodka zdrowia, gdzie zawsze można było usłyszeć wiejskie nowinki i dowiedzieć się, co w trawie piszczy.
Chociażby wczoraj! Ktoś przyniósł do sklepu ulotki kancelarii prawnej pomagającej ludziom poszkodowanym w wypadkach.Podobno należały się pieniądze za kalectwo i śmierć nawet za zniszczone ubranie i pogrzeb.Ludziom zaczęły przypominać się różne nieszczęśliwe zdarzenia.Nie dalej jak dwa miesiące wcześniej syn piekarza wpadł motorem do rowu i teraz leżał połamany w chałupie.
No tak, ale był pijany jak wsiadał na motor, to pewnie nic się nie należało.A ten młodszy od sołtysiny, przecież jego potrącił stary Koszykowski wyjeżdżając traktorem z obory! Tak, ale dogadali się z ojcem jak chłop z chłopem i nawet policji nie wołali.Takie to myśli zaprzątały głowę pani Anny a jednocześnie nurtowało pytanie, czy jak sprawca co zabił jej męża nie został wykryty, czy też coś jej się należy?Długo wczytywała się w kolorową ulotkę i zastanawiała czy nie zadzwonić.Trochę wstyd jej było, tak zawracać głowę w kancelarii i o pieniądze za starego upominać.W końcu pomyślała, że raz kozie śmierć i zatelefonowała.Miła pani spokojnie wypytała o okoliczności zdarzenia, dokumenty jakie z wypadku zostały i zapowiedziała wizytę przedstawiciela.
Pani Anna od rana szykowała się na tą wizytę. Poukładała wszystkie papiery wg dat. Oddzielnie te z policji i ze szpitala, oddzielnie z ZUS-u. Wyszperała rachunek za pomnik. Po namyśle obok dokumentów położyła zdjęcie małżonka. Niech wiedzą, jak wyglądał – pomyślała.
Agent przybył punktualnie i okazał się miłym panem w średnim wieku. Uważnie wysłuchał całej historii, robiąc notatki.Przejrzał wszystkie papiery z wypadku, jednocześnie wyjaśnił p. Annie, że mimo iż nie ustalono sprawcy, odszkodowanie należy się z UFG ( Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny ).
Poprosił też aby p. Anna zdobyła zaświadczenie o zarobkach męża sprzed wypadku. Po czym pokazał umowę z kancelarią.Pani Anna nie bardzo rozumiała wszystkie te zapisy, odruchowo szukała jakiegoś „kruczka”, może ukryte koszty, może jakieś kary ale nic takiego nie wyczytała. Przedstawiciel zapewnił, że umowa jest umową rezultatu i prowizja będzie pobrana wyłącznie po uzyskaniu odszkodowania.To rozwiało wątpliwości wdowy i podpisała umowę. Teraz należało poczekać.Troszkę zaniepokoiło ją, że oba egzemplarze umowy zabrał przedstawiciel, tłumacząc że musi je podpisać jeszcze prezes firmy.Po tygodniu otrzymała swój egzemplarz opatrzony stosownymi pieczęciami i podpisami.Informację z numerem telefonu prawnika, który poprowadzi jej sprawę i podziękowanie za zaufanie kancelarii.To ją uspokoiło.Nie miała wielkiej nadziei na jakieś pieniądze. Biednemu zawsze wiatr w oczy.Jednak fakt, że nikt nie domagał się żadnych pieniędzy sprawiał, że nie martwiła się ewentualnymi wydatkami.We wsi nie powiedziała nikomu, dzieciom też się nie pochwaliła.Po co mają później wytykać, że „za skórę” chciała coś wydębić.
Czas mijał, kilka razy chciała zadzwonić do kancelarii i zapytać jak sprawa stoi, ale po cóż komu głowę swoją osobą zawracać.Jakoś po dwóch miesiącach otrzymała telefon, który wprawił w szybsze bicie jej serce. Pani podająca się za pracownika kancelarii poprosiła o numer konta, na który można przelać odszkodowanie za męża. Z emocji nawet nie zapytała, jaka to kwota. Nim wybrała się do miasta, do banku otrzymała z kancelarii list. Była to faktura i rozliczenie. Przyznano 60.000 zł. Kancelaria odszkodowawcza pobrała swoje 20 % prowizji i VAT od tego a resztę przelała na jej konto. Ponad 45.000. To było nieprawdopodobne. Pani Annie drżały ręce jak czytała rozliczenie. Zaraz na drugi dzień wybrała się do banku. Pieniądze były. Dla niej prawdziwy majątek. Spokojna starość. Zaraz zadzwoniła do przedstawiciela z podziękowaniami, a następnie do prawnika, który sprawę prowadził. Już się nie wstydziła. Była wdzięczna.
Naszła ją refleksja, że jednak bardzo mało człowiek wie, o tym co mu się należy. Że takich, jak ona na pew no jest więcej, nawet tu, we wsi. W okolicy również i że trzeba jakoś do nich dotrzeć, przekazać informacje, opowiedzieć. Że warto zaufać! Wtedy też podjęła decyzję. Trzeba ludzi informować i tu na znajomym podwórku jest to zadanie dla niej.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






